Mylo Szkot lat chyba 27... :D Swoim albumem z 2004 roku :) Podbil moje serce... :D Bardzo przemyslane produkcje... piekne dzwieki wszystko ladnie przedstawione... swoj orginalny styl... Kawalek Emotion - zamiata... Ladna melodia wrecz przepiekna... spokojne brzmienie... mocniejszy akcentujacy bassline... i te skrzypce... aahhh... mniam :) kolejnym moim ulubionym kawalkiem jest zenophile- tutaj sliczna gitarkkaaa... :D ahhhmmm... i ladne orginalne dzwieki... ehh... co tu duzo pisac Caly Album jest the best... Mylo ma swoj orginalny styl... u zadnego artysty nie slychac czegos podobnego... :D Swoje remixy rowniez maja cos w sobie... Moim zdaniem ma bardzo wielkie talent... Juz sie niemoge doczekac kolejnej jego plyty... :D Ahhh... :D
cos na temat plyty i jego osoby:
"Rok 2005 to zdecydowanie najlepszy rok w zyciu Mylo. Wielu osobom na swiecie kojarzyc sie on bedzie z Mylo i debiutancka plyta tego zdolnego 27-letniego szkockiego muzyka, DJ i producenta. Album"Destroy Rock N' Roll" zaczyna sie „Dolina Laleczek” i rzeczywiscie slyszymy jakby spiewajace laleczki „Para-ram Tara-rara-ram”-dodajmy, ze utwor utrzymany jest w bardzo srednim tempie i w ogole nie przypomina muzyki klubowej. Potezny, wrecz dudniacy bas w polaczeniu z delikatnymi, starej daty klawiszami przypomina raczej brzmieniowo nieco rozmyte kompozycje norweskiego duetu Royksopp. Podobnie jest w drugim nagraniu-jeszcze spokojniejszym – tutaj wyraznie slychac francuski duet Air. To bardzo klimatyczny, idealny soundtrack do upalnego popoludnia na pieknej lace. W tle slyszymy przetworzony telefonicznie glos mowiacy o tym, jak bohater rzucil narkotyki i przezwyciezyl wszystkie swoje problemy dzieki..rowerowi.
Nr 3 na plycie to juz od pierwszych dzwiekow czysta muzyka klubowa-czujemy sie jakbysmy wlasnie wchodzili do klubu: najpierw sam suchy bit, chwile pozniej nasilajace sie dzwieki, delikatne, migotajace jak swiatla witajacego nas tetniacego zyciem miejsca.. Potem dwa przeboje: najpierw „Drop the pressure”z kolejnym przetworzonym glosem (tym razem powtarzajacym w roznych akrobacjach jedno zdanie) i kolejnym oldskulowym brzmieniem klawisza, ktory momentami wariuje jakbysmy sluchali starego, jazzowgo numeru. Podklad slusznie potem skojarzono juz oficjalnie na plycie z podkladem starego hitu Glorii Estefan i jej Miami Sound Machine „Dr Beat”- w nowym wydaniu plyty zamieszczono tego bootlega i jednoczesnie najwiekszy dotychczas sukces Mylo na listach przebojow.
Drugi z przebojow nazywa sie „In my arms”, ale wersja albumowa nie przypomina slawnego remiksu Tocadisco, ktory trzesie nadal parkietami w Polsce i nie tylko. Tutaj mamy raczej „remiks a’la lata osiemdziesiate”. Glowny motyw zaczerpnieto ze starego hitu Kim Carnes „Bette Davis Eyes”z 1981 roku - Mylo w ogole go nie zmienil, co wiecej – calosc brzmieniowo przypomina wlasnie tamte czasy (prosze porownac z przebojami grupy Imagination jak „Just an illusion”).
W latach osiemdziesiatych zostajemy jeszcze podczas „Guilty of Love” – znow srednie tempo, znow stare instrumenty klawiszowe wygrywajace niemal jazzowe pasaze. Nieco dynamiczniej jest przy okazji utworu nr 7. Ale tylko nieco – nadal blizej do breakbeatowych rytmow Royksopp niz do house. Prawdziwa klubowa perla to nagranie tytulowe – glos nawoluje do zniszczenia calej muzyki rockowej i wymienia kilkadziesiat nazwisk i nazw zespolow popularnych 20 lat temu „Michael Jackson, Prince, Bruce Springsteen, Tina Turner. Duran Duran..”. Do tego zabojczy motyw basowy pojawiajacy sie na zmiane w lewym i prawym kanale.. [Dlaczego producenci tak rzadko korzystaja z dobrodziejstw stereo?-Niby nic, a cieszy:]
Potem znow robi sie delikatniej – najpierw funkowy, cieply „Rikki” z zabawami wokalnym w stylu Daft Punk, potem znow wracamy do starych, kolorowych czasow Kool & The Gang – w „Ottos Journey” doszukac sie mozna bez-wokalowej kontynuacji „Drop the Pressure”. Wokal-po raz pierwszy zenski – pojawia sie w „Muscle Car”. Goscinnie wystapila formacja Freeform Five, ktorej plyty na polkach sklepowych powinniscie znalezc blisko Mylo, bo ich muzyke nazywa sie „Upbeat Electro Dance Funk”. Prawdziwy funk czyli powrot az do lat siedemdziesiatych mamy chwile pozniej – „Zenophile” powinien spodobac sie Waszym rodzicom, jesli kiedys lubili Chic albo Earth, Wind & Fire”.
Jesli mozna dorzucic jeszcze jedno porownanie, to koncowka albumu to wyrazny uklon w kierunku fanow relaksacyjnej muzyki Moby’ego. Rozmarzone, zapetlone motywy wokalne lub klawiszowe na tanecznych, ale bardzo powolnych rytmach. W calosci „Destroy Rock N’ Roll” to wlasnie taka elegancka plyta popowa, bardziej chilloutowa niz klubowa. Mylo zaproponowal swieza miksture jednego z drugim i w efekcie stal sie znana postacia i w swiecie muzyki tanecznej i poza nim. A co proponuje w zamian, gdy juz zniszczymy Rock N’ Rolla? Polepszajaca samopoczucie, kulturalna i ciepla muzyke elektroniczna. Utwory sa troche za krotkie, ale i tak mozna sie natknac na wiele ciekawych rzeczy."
