In Search of Sunrise 8 - South Africa - Mixed by Richard Durand
Po 2 latach doczekaliśmy się kolejnej odsłony kultowej wręcz kompilacji jaką jest In Search of Sunrise. Zapoczątkowana w 1999 r. przez jednego z najważniejszych producentów muzyki elektronicznej, za jakiego można uważać Tiesto, stała się żywą legendą. Każda z 7 dotychczasowych części wnosiła ze sobą coś nowego do muzyki i każda miała swoich gorących zwolenników jak i przeciwników. Jednakże Tijs odchodząc od Trance'u i wybierając inną muzycznie drogę, wydawać by się mogło odciął się od przeszłości. Od całego Black Hole, od Arny'ego Blinka. Sprzedając mu swoje udziały w labelu, zamykał wszystko co go z nim łączyło. Tak niekoniecznie się jednak dzieje. Gdy wszyscy dopatrywali się zakończenia serii, wydawnictwo postanowiła całą sprawę kontynuować... Powstaje kolejna, już 8 (sic!) część, z jednym małym wyjątkiem. Tym razem za jej produkcję wziął się Richard Durand, poniekąd muzyczne dziecko Verwesta, który długo trzymał pieczę nad jego karierą.
Tak więc otrzymujemy kompilację "In Search of Sunrise 8 - South Africa". Od samego początku słychać wyrzuty fanów, którzy zgodnie twierdzą, że to nie będzie już to samo. Głównym argumentem jest fakt, że razem z odejściem pierwotnego twórcy serii, zaginął ten niepowtarzalny klimat, i nikt nie będzie w stanie go odtworzyć. Specjalnie przygotowując się do pisania tej recenzji postanowiłem ponownie przesłuchać poprzednie części, by znów poczuć ów klimat. Zaraz po tej czynności zabrałem się za najnowsze dziecko BHR. Różnicę słychać już na samym początku. Tiesto dobierał zawsze intro pod miejsce, które każda z kolei kompilacja miała za zadanie przedstawić. I na wstępie się nie kończyło. Od pierwszej do ostatniej minuty magia genialnie dobranych kawałków przenosiła słuchacza w dane miejsce, nie ważne czy relaksował się wtedy na kanapie czy prowadził samochód. Było się w stanie czuć to wszystko, co Tijs chciał ukazać. Świetnie dobrane vocale, ich ilość, kawałki pełne energii jak i te spokojne, kojące. Wszystko tworzyło jedną, spójną całość.
W wypadku mixu Duranda można odnieść lekkie wrażenie, że starał się aż za bardzo wczuć w klimat ISOSa. Uderza spora ilość vocali, przeważają delikatne kawałki, które są wręcz niepodobne do tego z czego znamy Richarda. Nie znaczy to jednak, iż jest źle. Nie zważając uwagi na istnienie poprzednich części, „ósemka” sama w sobie jest poprawnie nagraną kompilacją. Spora jej część złożona jest z materiału Black Hole, przez co można traktować ją jako swego rodzaju promo. Materiał jest jednak wyróżniający się na obecnej scenie Trance. Delikatna natura wprawia w pozytywne wibracje. Choć znajdą się perełki które bez większych problemów powinny odnieść sukces na parkiecie. Jedną z nich jest choćby „Pilars of the Earth” Bena Prestona.
Jeśli chodzi o utwory warte uwagi to na pierwszej płycie z pewnością będą to wcześniej wymieniony kawałek Bena, Venaccio & Daigon – The Violet Hour,Kostya Veter – Envy z urzekającym głosem Madelin Zero, Zoo Brazil z męskim vocalem Rasmusa Kellemana w „There is Hope”. Pozostając przy vocalnych nagraniach wielkim grzechem byłoby pominięcie „Kiss of Life” produkcji Sana z prawdopodobnie najciekawszym vocalem na całym ISOSie. Wendel Kos przenosi to nagranie na zdecydowanie wyższy poziom. Na zakończenie pierwszej części kompilacji dostajemy dwa naprawdę interesujące nagrania. Tom Cloud ze swoją „najmroczniejszą gwiazdą”, która idealnie pasowałaby do repertuaru Coldharbour oraz utwór kończący pierwszą część podróży po południowej Afryce autorstwa samego Duranda – „For No Reason”. Druga płyta wypada już słabiej, jest dosyć monotonna. Niczym nie wyróżniające się intro oraz outro. W porównaniu z CD1 jej poziom jest słabszy, choć i tu znajdą się kawałki godne zwrócenia uwagi. Ponownie jest to utwór autora kompilacji wspomaganego śpiewem JES w ‘N.Y.C” oraz Beltek – „Par”.
In Search of Sunrise 8 – South Africa to warta uwagi kompilacja, która w niewielkim stopniu nawiązuje do swoich poprzedniczek, a raczej stara się nawiązać. Nie jest to jednak już to samo. Łatwo odczuwalny brak jest tej "magii', którą nadawała sama postać Tiesto. Ciężko by było inaczej. W końcu autorem mixu jest kto inny, z własnym podejściem do tematu i własną wizją ukazania materiału, który w zamierzeniu ma nam przybliżyć klimat Płd Afryki. Niestety na zamierzeniach się kończy. Trudno powiedzieć, by Richard zawarł w swojej edycji choć namiastkę tego regionu. W większości utwory nie są może na tyle powalające, aby stać się hitami, aczkolwiek część materiału zdobędzie swoich fanów. Nie warto doszukiwać się podobieństw pomiędzy częściami 1-7, a 8. Jeśli ktoś przesłucha najnowszą część z zamiarem znalezienia kontynuacji poprzedniczek, może się srogo zawieść. Prócz nazwy nic już nie łączy starego ISOSa z nowym. Jest to jednak pozycja, z którą warto się choćby zapoznać, choćby przez wzgląd na samego Duranda, który od strony technicznej nagrał na swój sposób ciekawą kompilację.